Zakładki:
MARATON SLUBNY:
19 LIPIEC -
9 SIERPIEN -
16 SIERPIEN -
4 PAZDZIERNIK -
1234... START!
W ROLACH GLOWNYCH:
SMACZNIE:
FAJNIE, Z HUMOREM, A CZASEM NA SMUTNO:
INNA JA
META
|
środa, 25 marca 2009
nie bylo mnie tu szmat czasu i pewnie nie byloby dalej, gdyby nie wolny czas, ktory splynal na mnie jako konsekwencja pewnych wydarzen...
ostatnimi z nich jakie opisalam byl slub i slodki honeymoon, z ktorego przywiezlismy z facetem pewien dar losu...
poniedziałek, 25 sierpnia 2008
![]() minal dokladnie miesiac czasu od ostatniego wpisu... ach, zlecialo to strasznie szybko... dopiero co pakowalam walizke, a wczoraj znow ja rozpakowalam po miesiecznej nieobecnosci w naszym domku na wyspie i miesiecznym urlopie od kuchni... ciezko bedzie do niej wrocic, choc uzbieralam juz kilkanascie nowych przepisow (dzieki waszym stronom), na ktore mam ochote. nie wiem tylko, na ktory z nich zdecydowac sie najpierw fasolke po katalonsku wedlug edysi, czy krokiety jajeczne z sosem pieczarkowym z przepisu kasiiiii. a to jeszcze nie koniec. dopiero od godziny dopadalam sie neta i skonczylam przegladanie waszych blogow na literce k. nawet nie chce myslec, ile zbiore przepisow jak zajrze do was wszystkich ;-) jedno jest pewne, moje kuchenne poczynania nie pojawia sie juz na pewno na blogu. przynajmniej nie na tym, choc nie obiecuje zadnego innego... blogowanie rzeczywiscie uzaleznia, zwlaszcza, ze pisze sie wsrod tak fajnych osob, jak wy, ale powinnam poswieciec sie troche innym sprawom w swoim zyciu... z drugiej strony klebi mi sie pewien pomysl... :-) ![]() najbardziej chcialabym jednak podziekowac wam za to, ze przez miesiac tu zagladaliscie, choc prawie nie dawalam znaku zycia. jestescie niezle wytrwali! :-) dziekuje za slowa otuchy przed slubem i gratulacje juz tuz po... naprawde serce mi sie usmiechalo, jak czytalam wasze komentarze :-) ![]() jak juz wspomnialam w komentach, slub byl cudownym momentem, o ktorym niepredko bedzie nam dane zapomniec. a wszystko zaczelo sie od slicznych zaproszen, ktore wyszukalam w necie, przez przepiekna pomaranczowa wiazanke z cantadesek z perelkami, pasujacymi do naszyjnika, a skonczywszy na romantycznych wyznaniach faceta na czarnym piasku teneryfy oraz naszymi klapkami porzuconymi na brzegu, kiedy pluskalismy sie w oceanie... wesele tez sie udalo, tak przynajmniej twierdza goscie, no i my sami, a musicie wiedziec, ze wybawilismy sie do bialego rana! potem byla cudowna podroz poslubna, ktora jak dla mnie zbyt szybko sie skonczyla, zwlaszcza gwaltowna zmiana pogody (na teneryfie 30cos stopni, w irlandii niecale 20 i deszcz). okazalo sie, ze teneryfa to nie tylko miejsce rozrywki, ale tez pieknych widokow, ktore podziwialismy z otwartymi buziami. fotki ze slubu i podrozy poslubnej wciaz sie produkuja, wiec prosze o cierpliwosc. a zainteresowanych poprosze o namiary skrzynkowe na gg. ![]() pozdrawiam was serdecznie, cudawiankowa zona ;-)
czwartek, 24 lipca 2008
nieuchronnie sie zblizal... pakowanie walizek, mysli klebiace sie wokol slubu... ach i och... jutro ostatni dzien w pracy przed wielkim dniem. pojutrze samolot do polski. chwila zabawy w stolicy, a potem bieganina przedslubna, az do 9 sierpnia, kiedy zagraja nam marsz mendelsona... bedzie dobrze! bedzie dobrze! powtarzam sobie na okraglo... jeszcze sie nie stresuje, co najwyzej znalezieniem dobrej makijazystki poupadkowej ;-) jestem o dziwo optymistka, choc ze mnie urodzona pesymistka... wiem, ze wokol sa rowniez dobrzy ludzie, ktorzy zycza nam the best. wiem, ze z facetem jestem szczesliwa i to z nim chce spedzic reszte zycia... i to jest chyba najwazniejsze... ach... nie lubie sie zegnac... tym razem jednak musze i to na serio. zero podpuszczania i wracania za jakis czas. oficjalnie uznaje bloga za zamknietego... chlip chlip... ale bede tu z wami, na waszych stronac., wasze potrawy pojawia sie w mojej kuchni, o czym nie omieszkam wspomniec. bede sledzic wasze poczynania nie tylko kuchenne. kibicowac wam wszystkim, no i kolejnym pannom mlodym... zatem... do uslyszenia, a raczej przeczytania :-) ocena faceta (w skali od 0 do 5): 5 z plusem - tylko ciebie chce za zone! p.s. on sam to powiedzial, nie musialam go przekupic! ;-)
środa, 23 lipca 2008
dzieki stronie, od ktorej wlasciwie wiele sie tu zaczelo. na wielkie zarcie trafilam wieki temu i pichcac niektore z potraw tak mi zapadly w pamiec, ze czesto opisywalam je na blogu. nie ma jak na koniec powrocic na chwile do tego, co bylo na poczatku i troche sie rozczulic... zabijcie mnie, ale nie pamietam kto podal ten swietny pomysl na lody i niestety nie moge znalezc teraz autora. ale przepis i tak przerobilam wedlug swoich kubeczkow smakowych. w kazdym badz razie skorzystalam z idei polaczenia jogurtu ze smietana (wczesniej to bylo mleko i smietana). w dodatku sa to pierwsze lody, do ktorych nie trzeba dodawac zoltek, a ktore tak nam przypadly do gustu, ze tuz po wyjeciu z zamrazarki, odczekaniu chwili, nakladanie ich to sama przyjemnosc, o jedzeniu nie wspomne. konsystencja bardzo przypominaja lody ze sklepu. facet nazywa je najlepszymi do tej pory. i oto chyba chodzilo? ![]() lody jogurtowe powstaly u mnie z jogurtu straciatella, bo ten jako pierwszy i ulubiony przyszedl mi od razu do glowy. pyszny jogurt smietankowy z wiorkami czekolady okazal sie strzalem w dziesiatke. probowalam rowniez te lody na bazie jogurtu malinowego i co prawda byly pyszne, ale nie tak jak straciatella. a wam radze siegnac po wasz ulubiony jogurt. juz sobie wyobrazam jakis fajny owocowy z kawalkami owocow... mniam, mniam... mowie wam, nie zawiedziecie sie... ![]() lody jogurtowe (straciatella): 500 gram ulubionego puszystego jogurtu smakowego 180 ml smietany 30% lyzeczka golden syrup wymieszalam razem smietane z jogurtem. dodalam golden syrup (mozna zastapic plynnym miodem), a nastepnie wlalam mase do maszyny do lodow. postepowalam zgodnie z instrukcja. gotowe lody zamrozilam chwile w zamrazarce. ![]() ocena faceta (w skali od 0 do 5):
5 - no tak, od dzis rowniez lody przestane kupowac w sklepie...
i okazuje sie, ze pierwszy tydzien pobytu w polsce czekaja nas upaly. nieprzyzwyczajeni z powodu wyspiarskiego klimatu, zapewne bedziemy czuc sie niczym na hawajach... nie zapczecze, ze facet bedzie siegal po lody kilkanascie razy dziennie. ale nie ja. od tego tygodnia zaczelam restrykcje jedzeniowe. w ten sposob dbam o cere, ktora goi sie powoli, niestety :-( i chyba porzekadlo do wesela sie zagoi tym razem sie nie sprawdzi... ale nie chce jej pogorszyc innymi mankamentami. wyrzekam sie na trzy tygodnie lodow, czipsow (tu serce krwawi mnie najbardziej) oraz innych slodkosci i ostrosci. dlatego w sam raz, zeby zakonczyc w tym roku rozdzial z lodami i wspomniec o moich dwoch ostatnich i niedoscignionych w tym temacie odkryciach. na pierwszy rzut ognia ida lody z golden syrup, powstale metoda prob i bledow... ![]() lody golden syrup: pol szklanki mleka dwie lyzeczki golden syrup (nie zalowac!) 200 ml smietany 30% orzechy wloskie do ozdoby i przegryzienia wymieszalam lyzka mleko ze smietana, wyjete przed sekunda z lodowki. dodalam golden syrup i jeszcze raz wymieszalam. wlalam mase do maszyny do lodow i postepowalam zgodnie z instrukcja. nastepnie przelozylam lody do plastikowego pojemniczka i wlozylam do zamrazarki do konkretnego zamrozenia sie. trwalo to jakies dwie godzinki. lody golden syrup podalam posypane wloskimi orzechami. jak smakuja? niczym lody smietankowo-miodowe. mniam mniam... ![]() ocena faceta (w skali od 0 do 5):
5 - przepyszne sa te lody!
niedziela, 20 lipca 2008
na tydzien przed wyjazdem raczej nic innego nam nie pozostalo... stad tak malo wpisow. w ramach czyszczenia lodowki nie moze wyjsc za duzo ciekawych potraw, jak np. polaczyc dzem porzeczkowy z piecioma marchewkami?... chociaz co lepszym kucharkom moze i to by sie udalo? do rozmrozonej rybki, ktora podalam wam wpis wczesniej musialam jednak wymyslec jakas suroweczke. sloik kapusty kiszonej na szczescie mi pomogl. przypomnial mi sie maminy sposob na kapustke i ruszylam do dziela... kiszona kapusta na cieplo: 250 gram kapusty kiszonej pol czerwonej cebuli lyzka margaryny dwie lyzki maki majeranek, vegeta trzy lyzeczki koncentratu pomidorowego kapuste odsaczylam z soku i przeplukalam pod biezaca woda. przelozylam do garnka. zalam woda i gotowalam do miekkosci jakies pol godziny. dodalam tam majeranek i vegete do smaku. na patelni zrobilam zasmazke ropuszczajac margaryne i dodajac do niej make. do zasmazki wrzucilam pokrojona w kosteczke cebule. wymieszalam, zeby polaczyc cebule z zasmazka. z garnka z kapusta odlalam znaczna czesc wody, pozostawiajac jednak troche, zebym mogla jeszcze ja gotowac. wrzucilam cebule do miekkiej kapusty razem z koncentratem pomidorowym. wymieszalam lyzka i jeszcze gotowalam na malym ogniu jakies 15 minut, co chwile mieszajac. kapuste podalam ciepla, jako dodatek do glownego dania. ![]() ocena faceta (w skali od 0 do 5): 4 - calkiem fajny sposob na kapuste... a co wymyslisz z druga polowa sloika? p.s. zjem prosto z niego?... ;-)
jak na typowe irlandzkie hen night (wieczor panienski) przystalo tanczylam na wczorajszym disco w welonie z rozowymi rogami i z rozdzka przyszlej panny mlodej. nie obylo sie rowniez bez dmuchanej lalki, nazwanej przez znajoma brazylijke zbyszkiem, ktora to, a raczej ktory to rozebral sie w pol imprezy (oczywiscie za pomoca sprawnych raczek kolezanek) i byl ulubiencem parkietu. nie bylo dziewczyny, ktora nie szalala za jego przyrodzeniem, a co lepsze znalezli sie rowniez faceci, ktorzy porownywali ze swoim sprzetem... jednym slowem ubaw po pachy. ale to bylo wczoraj. jak rowniez pyszny obiadek, o ktorym nie zdazylam wam wspomniec z braku czasu, co nadrabiam teraz... musze to jednak zrobic szybko, bo zaraz lece na spowiedz przedslubna. wczoraj bad girl, dzis good girl ;-) facet poszedl do pracy, a zbyszek jeszcze spi smacznie w lozeczku... ![]() pomysl na te rybke zrodzil sie w mojej glowie po udanych paluszkach rybnych wedlug liski (o ktorych pisalam tutaj - klik klik). dlugo szukalam dobrego przepisu na typowe fish pie (placek rybny), ktorym tak zajadalam sie kiedys w fabryczanej stolowce. na stronie good food znalazl sie taki, ktory sprostal moim oczekiwaniom. oczywiscie nie bylabym soba, gdybym go bardzo mocno nie przerobila... ![]() fish pie: (przepis na 11 plackow) szesc zamrozonych kostek ryby np. z dorsza (moze byc swieza ryba) pol czerwonej cebuli szesc lyzek ziemniaczanego puree przyprawy: sol, pieprz, suszona natka pietruszki, ziola prowansalskie, majeranek, vegeta dwa jajka maka do obtoczenia bulka tarta do obtoczenia olej do smazenia kostki rybne zalam wrzatkiem i chwile gotowalam do rozmrozenia w wodzie z vegeta. wyjelam rybe z garnka i rozdrobnilam widelcem w misce. dodalam tam przesmazona na oleju i pokrojona wczesniej w kosteczke cebule oraz ziemniaczane puree. wsypalam rowniez wymienione przyprawy oprocz vegety i ugniatalam razem wszystko widelcem na w miare jednolita mase. wstawilam do lodowki na jakies pol godzinki. po tym czasie wyjelam mase i lepilam z niej placki. obtaczalam je najpierw w mace, potem w rozbeltanych jajkach, a na koniec grubo w bulce tartej.smazylam na oleju na zloty kolor i odsaczalam na papierowym reczniku. podalam z ziemniaczanym puree oraz ala suroweczka z kiszonej kapusty. ![]() ocena faceta (w skali od 0 do 5): 5 - swietne placuszki z rybki... a to tu sa jeszcze ziemniaki? hmmm... pycha... p.s. sie rozgadal... ;-)
wtorek, 15 lipca 2008
casiapaw ostatnio przypomniala wam swoj smak dziecinstwa - makaron z truskawkami. a jaki jest moj? jest ich wiele. ale jest rowniez ten deser, ktory mama bardzo czesto przygotowywala nazywajac go smietankowcem. dlaczego czesto? jest niemilosiernie latwy, a do tego smaczny. dzieciaki u mnie w domu zawsze sie zachwycaly! ja go nie nazwe smietankowcem, gdyz nieco zmienilam skladniki i zamiast smietany pojawil sie u mnie jogurt, ale wciaz jest pyszny... ![]() jogurtowy blok z galaretek: dwie rozne galaretki (najlepiej w dwoch roznych kolorach) 400 ml jogurtu naturalnego dwie i pol lyzeczki zelatyny cukier puder do smaku galaretki zrobilam dnia poprzedniego wedlug instrukcji na opakowaniu. wstawilam w miseczkach do lodowki na cala noc. nastepnego dnia, jogurt naturalny wlozylam do naczynia, w ktorym wymieszalam go lyzka z cukrem pudrem. zawsze sypie go na oko, wiec nie jestem w stanie powiedziec ile. ale sami musicie sprobowac, czy slodszy jogurt smakuje wam lepiej czy nie? zelatyne rozpuscilam we wrzatku (pol szklanki) i odstawilam do wystygniecia. kiedy byla zimna, wlalam ja do naczynia z jogurtem i wymieszalam dokladnie lyzka. na koniec wyjelam z lodowki dwie miseczki galaretek. pokroilam je w miseczkach w kwadraty (najpierw wzdluz, potem wszerz) i wrzucilam kostki galaretek do masy jogurtowej. wymieszalam. wlalam do wazy, w ktorej nastepnie chlodzilam deser w lodowce do calkowitego stezenia. podalam pociety w plastry. ![]() ocena faceta (w skali od 0 do 5):
5 - to nie jest moj smak dziecinstwa, ale bardzo lubie! | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||